W służbie ojczyźnie cz. 1
W chwili wybuchu wojny Andrzej Zalewski miał zaledwie 15 lat. Wówczas czynnie działał w harcerstwie, pełnił funkcję zastępowego. Tuż przed wybuchem II wojny światowej otrzymaliśmy rozkaz stawienia się w szkole Górskiego – wspomina - od 24 do 31 sierpnia byliśmy na służbie wojennej. Harcerstwo warszawskie obsługiwało wszystkie dworce kolejowe, gdzie pełniliśmy funkcje pomocnicze: pomagaliśmy uciekającym przenosić bagaże, zajmowaliśmy się ich dziećmi, służyliśmy informacją. Chwili wybuchu wojny nie zapomnę do końca życia. Pamiętam, że byłem z moją drużyną na Dworcu Zachodnim w Warszawie. Panował nastrój przygnębienia. Pociągi pełne uciekających, tłumy ludzi przewalające się przez dworzec, płacz dzieci , to był koszmar.
Andrzej Zalewski miał już wówczas ukształtowany światopogląd. Dużo czytał, wielkie wrażenie zrobiła na nim książka Józefa Kisielewskiego pt. „Ziemia gromadzi prochy”. Książka ta miała być reportażem o rosnącym w siłę oręża państwie hitlerowskim. Stała się natomiast dokumentem historycznym o dziejach Słowian, a zwłaszcza Polaków. W czasie wojny znalezienie tej książki przez gestapo w domu Polaka stanowiło podstawę do wydania wyroku śmierci. W ich warszawskim domu książka ta przechowywana była pod podłogą i pozostawała tam jeszcze długo po zakończeniu wojny.
Na początku września Andrzej Zalewski wraz z całą drużyną ewakuował się na wschód, skąd piechotą przez Chełm Lubelski 2 października powrócił do Warszawy. Niestety, ich domu przy Świętokrzyskiej już nie było, został zbombardowany, pozostał mu tylko mundurek harcerski. W październiku wstąpił do konspiracji harcerskiej „Szarych Szeregów”. Większość dzisiaj czczonych bohaterów Powstania Warszawskiego to moi wspaniali koledzy z 25. Warszawskiej Drużyny Harcerskiej i ze szkoły Górskiego, tylko z mojej klasy w powstaniu zginęło 14 chłopców – wspomina.
Był szkolony na harcerskiego wywiadowcę, ale jego cechy charakterologiczne: otwartość, szczerość, nadmierna ufność wobec innych - nie pozwoliły mu wykorzystać nabytych umiejętności wywiadowczych. Równolegle z pracą konspiracyjną, bo w roku 1940, rozpoczął naukę na tak zwanych kursach II stopnia szkoły rolniczej przy ulicy Pankiewicza. W roku 1942 po zdanej maturze został skierowany przez Armię Krajową do pracy konspiracyjnej w Kieleckie. Dlaczego mimo konkurencji wybór padł właśnie na niego? Otóż powiedziano mi – mówi Pan Andrzej Zalewski– że jestem z miasta , nie mam żadnych uprzedzeń do chłopów, a w domach ziemiańskich jestem przyjmowany jako swój. Szukali kogoś takiego, kto uzyskałby akceptację obu tych grup społecznych, kto mógłby być mediatorem pomiędzy nimi. Stwierdzono, że nadaję się do tego najlepiej.
I tak znalazł się u podnóża Gór Świętokrzyskich, niejako wracając do swoich korzeni. Oficjalnie pełnił funkcję rządcy w niewielkim, bo liczącym około 300 ha, majątku Czajęcice pod Opatowem, należącym do Tadeusza Reklewskiego. Nieoficjalnie trafił do partyzanckiego oddziału „Ponurego” i „Nurta”. Działając pod pseudonimami „Andrzej” i „Jędrek Mędrek”, był odpowiedzialny, dziś można by powiedzieć, za logistykę tych oddziałów. Organizował żywność dla partyzantów. Był człowiekiem nie tylko od aprowizacji, ale i od przerzutu ludzi zdekonspirowanych w organizacji podziemnej, a po upadku Powstania Warszawskiego zajmował się ukrywaniem żołnierzy z I Batalionu 2 Pułku Piechoty Legionowej Armii Krajowej na terenie Chybia, Pawłowa, Rzepina i innych wsi w tym rejonie. Obowiązki swoje wypełniał rzetelnie. Był jednocześnie rządcą i konspiratorem działającym dniem i nocą. Do swojej dyspozycji miał rower lub konia. Pędząc z meldunkami, przemierzał tylko sobie znane ścieżki. Bardzo pomocne w swobodnym poruszaniu się po okolicy były niemieckie dokumenty, które kupił za złotą dziesięciorublówkę od szefa gestapo w Opatowie. Wynikało z nich, że jest odpowiedzialny za zakup żywności dla armii ... niemieckiej, w związku z czym wszystkie organy cywilne i wojskowe, do których się zwróci, winny mu służyć pomocą. Posterunki żandarmerii niemieckiej rozstawione były na drogach co 10 kilometrów. Utrudniało to swobodną komunikację między Czajęcicami, Opatowem, Ostrowcem Świętokrzyskim, Nową Słupią, Wykusem, Wąchockiem czy Świętą Katarzyną. Dzięki tej fałszywce z niejednej opresji wychodził obronną ręką i nieraz przyczynił się do uratowania życia innym. Tak było w Ostrowcu Świętokrzyskim, kiedy to dostał informację, że w jednym z budynków zamurowanych jest kilka żydowskich rodzin. Skończyła im się żywność i nie było sposobu, by dostarczyć nowej. Ty masz taki dokument, który pozwoli ci dotrzeć wszędzie i wszystko załatwić- usłyszał w dowództwie – pomóż im. „Jędrek Mędrek” wywiązał się z zadania znakomicie. Zaowocowało to nowymi przyjaźniami, które miały znaczący wpływ na jego życie już w powojennej Polsce. Dzięki nim właśnie w roku 1949 nie znalazł się wśród akowców zesłanych przez komunistyczne władze na Syberię.
Jego głównym zadaniem jako leśnego konspiratora była tzw. „uprawa”. Polegała ona na dobrowolnym egzekwowaniu od chłopów i dziedziców kontrybucji wojennych na rzecz oddziałów partyzanckich. Przyjeżdżał konno do dziedzica pod pretekstem załatwienia jakichś spraw sąsiedzkich i w cztery oczy pytał go, czy byłby skłonny wspomóc oddziały partyzanckie. Dziedzic brał go na podwórze i pokazywał, co i gdzie jest do wzięcia, o on dyskretnie notował. Następnej nocy pozorowany napad na dwór. Przychodził oddział, zazwyczaj dziesięciu ludzi i z krzykiem: Kontrybucja, zabieramy! ładował na wozy, ale tylko to co było wskazane na kartce. To była udawana przemoc, aby chronić darczyńców. Tylko raz zdarzyło się, że dziedzic odpowiedział: Mnie nie interesują te wasze zabawy w wojenkę, wynoś pan się stąd, bo psem poszczuję! Tak było w dworze barona Horocha pod Waśniowem. Ale był to pojedynczy przypadek, nie mający żadnego wpływu na morale partyzantów i ludności. Zresztą, w krótkim czasie baron zmienił swoje zdanie i już do końca wojny dzielił się z partyzantami tym, co miał.


















