Ulti Clocks content
Get Adobe Flash player

W służbie ojczyźnie cz. 2

Ocena użytkowników: / 21
SłabyŚwietny 

Mimo, że Andrzej Zalewski nie brał udziału w akcjach, znał życie leśnych od podszewki. Partyzanci kochali  las jak swój własny dom, bo był on wówczas ich przystanią. Tu mieszkali w szałasach przez wiele miesięcy i ten las dawał im schronienie przed Niemcami. Ich partyzanckie życie wymagało wielkiego hartu ducha i hartu ciała. Wymagało wielu zabiegów, pomysłów, forteli i zabezpieczeń, by przetrwać w tych trudnych warunkach, by przeżyć w starciu z głodem, chłodem, chorobą, robactwem i w nierównej walce z Niemcami.

Spali w szałasach i na posłaniach zbudowanych z gałęzi, igliwia i mchu. Leśny szałas nie dawał dobrego schronienia przed wilgocią i zimnem. Otwór wejściowy był niewielki, by ciepło nie wydostawało się zbyt szybko na zewnątrz, ale i tak chłód jesiennych nocy dawał się porządnie we znaki. Grube wojskowe płaszcze sukienne czy koce nie chroniły przed dotkliwym zimnem. Gdy udawali się na spoczynek, zakładali na rękę pasek od karabinu. W razie alarmu, w najciemniejszą bodaj noc wyrwani nagle z głębokiego snu mieli broń zawsze pod ręką, nie musieli jej szukać. Zgubienie broni mogło skończyć się tragicznie, mogło równać się śmierci. Poza militarnymi akcesoriami partyzant nie zdejmował z siebie niczego. I w dzień, i w nocy nosił na sobie to samo odzienie, nie zmieniane czasami tygodniami. Gdy sytuacja temu sprzyjała, mógł sobie co najwyżej pozwolić na chwilowe zdjęcie uwierających butów. Pranie i suszenie bielizny, onuc, skarpet stanowiło poważny problem. Wszystko to było przyczyną szerzenia się najgorszej plagi trapiącej każdego partyzanta – wszawicy. Z tą plagą chłopcy z lasu toczyli nieustanne boje, niemal tak zażarte jak z hitlerowskim okupantem.

Żołnierze od „Ponurego” nie mieli wielkich pragnień i wielkich oczekiwań. Marzyli o spokojnej, bezpiecznie przespanej nocy, pełniejszym umundurowaniu, o lepszym jedzeniu.  Niełatwy był los partyzantów z Wykusu i jeszcze trudniejszy los ich dowódcy, który musiał nie tylko poprowadzić swych żołnierzy do walki, ale nieustannie zabiegać o wyżywienie, umundurowanie, amunicję.            

 „Ponury” czasami składał w Czajęcicach nocne wizyty. Przyjeżdżał, by odpocząć, dać krótkie wytchnienie ludziom, ogrzać się, uzupełnić zapasy. „Andrzej” wspomina go jako dowódcę niesłychanie komunikatywnego, bardzo inteligentnego, o przenikliwym, wręcz paraliżującym spojrzeniu. Zwracały uwagę jego czarne, zrośnięte brwi.

Na początku 1945 r, kiedy sowiecki front zatrzymał się na Przyczółku Baranowsko-Sandomierskim, Andrzej Zalewski otrzymał informację od towarzyszy broni działających na terenach zajętych przez Armię Czerwoną, że znajduje się na liście akowców przewidzianych do wywiezienia na Syberię. Zrozumiał, że musi uciekać. Na pół godziny przed wejściem Rosjan opuścił Czajęcice. Dwa miesiące spędził w klasztorze u sióstr w Świętej Katarzynie, skąd ze sfałszowanymi dokumentami jako uciekinier z Warszawy udał się na kilka tygodni do Kielc.

W marcu 1945 roku przyjechał do Warszawy. Od razu zatrudnił się w Społecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym jako konwojent żywności. Przedsiębiorstwo to miało sieć własnych sklepów i własne kartki na żywność, co świadczyło o randze firmy, a zatrudnionym w niej dawało perspektywy na godne życie.

Już w maju tego roku był w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Grupa złożona z około 100 osób: studentów i profesorów, przedwojennych absolwentów, partyzantów AK, BCH, zabrała się do przywracania starej uczelni do życia.

Delegacja naszej grupy – wspomina - udała się do rządu lubelskiego. Rozmawialiśmy z ministrem oświaty w tym rządzie o możliwości reaktywowania SGGW. „Tej szkoły nie będzie, jaśniepańska szkoła w Polsce Ludowej jest nam zupełnie zbędna. Zrobimy za to szkołę spółdzielczości rolniczej i kolektywizacji wiejskiej”  – takie były słowa ministra. Po kilku nieprzespanych nocach i bezowocnych naradach byliśmy pełni zwątpienia, ale Opatrzność Boska sprawiła, że zajrzeliśmy do materiałów SGGW z roku 1938. Wynikało z nich, że w Polce przedwojennej 54% ogólnej liczby studentów w SGGW stanowiła młodzież nie jaśniepańska, lecz pochodzenia chłopskiego. Złożyliśmy kolejną wizytę ministrowi, przedstawiliśmy nowe materiały i ponowiliśmy prośbę: „Pozwólcie odbudować tę 200-letnią uczelnię”. Odpowiedź brzmiała: „Zakładajcie SGGW”.

Andrzej Zalewski był studentem pierwszego powojennego rocznika. To były cudowne czasy – mówi – uczyliśmy się, mieszkaliśmy i spaliśmy wszyscy razem studenci i profesorowie w dwóch budynkach przy ulicy Rakowieckiej. Studentami byli przeważnie „chłopcy z lasu”, którzy nierzadko przenosili w mury szkoły  swoje leśne zwyczaje. Czasami w pokoju studenckim obok butelki wódki można było zobaczyć pistolet. Dzięki stanowczej postawie rektora i jego charyzmie, te nawyki zostały dość szybko wykorzenione.

 

W 1949 roku Andrzej Zalewski miał już dyplom magistra inżyniera. Pracę magisterską na temat: „Wpływ żywienia pastwiskowego na płodność u krów” obronił na bardzo dobry z wyróżnieniem. Z dyplomem w kieszeni rozpoczął poszukiwanie pracy, tyle, że nikt go nie chciał zatrudnić, bo i pochodzenie ziemiańskie i przeszłość akowska. W tym samym czasie pętlę wokół niego zaczął zaciskać Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Po raz kolejny groziły mu represje, coraz wyraźniej widział siebie w pociągu wiozącym go na daleką, bo syberyjską północ. Niespodziewanie z pomocą przyszedł mu niesłychanie wysoko postawiony dygnitarz partyjny - Orzechowski. Był to ten sam człowiek, któremu w czasie wojny, w Ostrowcu „Jędrek Mędrek” dostarczał paczki z żywnością. To właśnie dzięki niemu Andrzej Zalewski znalazł pracę w Centrali Mięsnej, a UB pozwolił mu na chwilę spokoju i wytchnienia.

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież


Kalendarium Święta polskiej niezapominajki A.D. 2012

kliknij

 


Polecamy


Ośrodek Kultury Leśnej w Gołuchowie

zaprasza do udziału w

ogólnopolskim konkursie haftu „ŚWIĘTUJ Z NAMI NIEZAPOMINAJKĘ”